piątek, 27 listopada 2009

Kremy na zimę


Od razu sprecyzuję, że kremy na zimę to w zasadzie również kremy na jesień. Nie chodzi bowiem o ochronę skóry wyłącznie przed mrozem, ale przed wszystkim, co powoduje jej nadmierne podrażnienie i przesuszenie.

Podstawowym czynnikiem, który szkodzi naszej skórze, jest rzeczywiście chłód. Wynika to z faktu, że komórki produkują tym mniej tłuszczu, im niższa jest temperatura otoczenia. Łatwo się więc domyślić, że naturalna bariera lipidowa nie chroni już naszej skóry tak skutecznie, jak w ciepłe dni. Jeśli do tego dodamy centralne ogrzewanie i klimatyzację, które bardzo wysuszają skórę, mamy prawie pełny obraz sytuacji. Bardzo szkodliwe dla naszej cery są także gwałtowne zmiany temperatury. Jesienią i zimą często przechodzimy z zimnego dworu do rozgrzanych pomieszczeń i odwrotnie.

W wyniku wszystkich tych czynników skóra łatwo ulega przesuszeniu i podrażnieniu, traci elastyczność, gorzej wygląda. Niekiedy zaczyna piec, swędzieć i łuszczyć się, a naskórek czasami pęka. Aby temu zapobiec, już od jesieni powinniśmy używać kremu dostosowanego do zimnej pory roku. Taki krem musi mieć bogatszą recepturę i gęstszą konsystencję, niż kremy używane latem. Aby skutecznie chronić naszą skórę, powinien zawierać więcej tłustych składników. Ważne jest także, aby był zaopatrzony w filtr przeciwsłoneczny o faktorze SPF 15 lub większym. To ostatnie ma znaczenie szczególnie zimą, kiedy śnieg odbija promienie słoneczne i zwielokrotnia ich działanie.

Wybierając krem należy kierować się właściwościami naszej cery. Skóra sucha potrzebować będzie kremu tłustego, mieszanej lub tłustej wystarczy nieco lżejszy krem półtłusty. Do cery naczynkowej należy dobrać specjalny krem, przeznaczony tylko dla niej.
Większość firm kosmetycznych produkuje kremy przystosowane specjalnie do jesienno-zimowych warunków. Są one opatrzone odpowiednimi informacjami i zazwyczaj całkowicie godne polecenia.

piątek, 13 listopada 2009

Trening bez treningu

Chcesz być szczupła bez wysiłku? Bez restrykcyjnych diet i męczących ćwiczeń? To możliwe - zapewniają producenci Bailine.

Bailine to urządzenie do spalania tłuszczu. Stymuluje mięśnie za pomocą impulsów elektrycznych, powodując ich napinanie. Zabieg wykonuje się w jednoosobowej kabinie, w której pacjentka, leżąc i relaksując się, traci nadmiar tłuszczyku. Działanie urządzenia wspomagane jest przez motywację psychologiczną oraz modyfikację odżywiania.
Między zaletami bailine wymienia się brak zmęczenia po treningu oraz skutków ubocznych w postaci np. nadwyrężonych stawów.



W medycynie i sporcie elektrostymulacja znana jest od lat. Na pewno jest to alternatywa dla osób, które nie mogą sobie pozwolić na forsujący trening z powodu choroby czy kontuzji. Sądzę, że przemówi także do tych, którzy po prostu nie lubią nadmiernego wysiłku lub nie mają czasu - krótkie zabiegi zastępują wiele godzin treningu.
A czy działa? Cóż, nie próbowałam ;-)

środa, 4 listopada 2009

W czasie deszczu dzieci się nudzą

...a dorośli marzną. Ile razy w trakcie niespodziewanej ulewy przemokły Wam buty, w których potem musieliście jeszcze kilka godzin jeździć po mieście, załatwiając różne sprawy dorosłych? Mnie zdarzyło się to na pewno więcej razy, niż bym chciała. O naprawdę nie przemakające obuwie wcale nie jest łatwo, w zasadzie warunek ten spełniają jedynie buty sportowe, na przykład do chodzenia po górach. A te są dość drogie, a w dodatku niezbyt pasują do miejskiego stylu - płaszczy, parasolek i torebek ;-)

Moda zazwyczaj nie jest przyjazna ludziom żyjącym w umiarkowanym lub zimnym klimacie. Projektanci co roku lansują spódnice, lekkie pantofelki, głębokie dekolty - czyli wszystko to, czego w Polsce jesienią musimy się wyrzec. Dlatego byłam zachwycona, kiedy jakiś czas temu pojawiła się moda na... kalosze.

Znane wszystkim z dzieciństwa gumiaki, do których założenia skłaniano nas podczas każdego deszczu i w których wolno było chodzić po kałużach wróciły w wersji dla dorosłych. W modne nadruki, dużo ciekawsze niż te jednobarwne, które nosiliśmy jako dzieci, lansowane przez najpopularniejsze sklepy odzieżowe i obuwnicze, a nade wszystko - całkowicie nieprzemakalne. Moda na nie pojawiła się w 2007 roku i osiągnęła w Polsce szczyt podczas ówczesnego - mocno deszczowego - festiwalu Opener, kiedy to wykupiono wszystkie kalosze w Trójmieście. Na szczęście nie zniknęły po jednym sezonie, nadal są na topie, a wybór coraz większy. Prócz różnorodności nadruków do wyboru są ze ściągaczem lub klamerką do zwężania cholewki, wysokie, średnie, a nawet na obcasie. Idealne na nasze warunki pogodowe - nareszcie stopom jest sucho i ciepło bez łamania przepisów mody :)